niedziela, 5 maja 2013

Dlaczego reklamy w Internecie chcą nas wykończyć?

Kamil Kalbarczyk




Włączasz komputer.
Otwierasz przeglądarkę.
Rozpoczynasz zwiedzanie witryn internetowych.
Szast! Prast! Buuum! Pojawia się wielka reklama super-hiper-mega-atrakcyjnego kredytu w banku X, przysłaniająca trzy czwarte ekranu. Dźwięk nie wiadomo skąd. Szukasz krzyżyka, żeby pozbyć się natręta. Nie widzisz go. Po chwili znajdujesz. Klikasz – krzyżyk ucieka. Po morderczym pościgu udaje Ci się zamknąć reklamę. Ba Dum Tss! Ciach! Wyskakuje następna, tym razem oferują ci sadzonki lawendy za jedyne 8,99…





To nieco wyolbrzymiony obraz rzeczywistości, jakiej doświadczam na co dzień. Jednak faktem jest, że internetowe reklamy bywają irytujące. W zasadzie, zarzutów postawić można wiele: wielkość, głośność, zbytnia ruchliwość, powtarzalność. Aliści to, co najbardziej przeszkadza to fakt, że reklamy nie są atrakcyjne (oczywiście nie dotyczy to wszystkich reklam). Skoro chcę wyłączyć jakieś 90% „atakujących” mnie kolorowych, wystrzałowych i śpiewających okienek, znaczy, ze coś jest z nimi nie tak. 

Sytuacja pierwsza: 

Słucham dość głośno, spokojnej instrumentalnej muzyki. Chcę w między czasie odwiedzić kilka stron. Nagle jak grom z jasnego nieba, na którejś z zakładek włącza się zabójczo głośna muzyka, która nieomal mnie ogłusza. Teraz pytanie: w której z dwunastu otwartych zakładek to szalenie irytujące coś się włączyło? Skutek – jestem poirytowany.

Sytuacja druga:

Przeglądam sobie stronę X. Nagle wyświetla się wielka reklama mebli w promocyjnej cenie. Nie chcę kupować mebli. Staram się zamknąć natrętny komunikat, który właśnie zasłonił mi połowę artykułu. Nie trafiam w ruchomy krzyżyk i zostaję przekierowany na stronę producenta owych mebli. Skutek - jestem poirytowany.

Sytuacja trzecia:

Włączam sobie w sieci nowy odcinek programu rozrywkowego. Klikam „play”. Muszę najpierw obejrzeć dziewięćdziesiąt sekund nieinteresujących reklam: szamponu, operatora komórkowego i nowego modelu samochodu. Po dwudziestu minutach programu, w emocjonującym momencie włącza się kolejna porcja reklam. Skutek – jestem poirytowany.


Konkluzja:

Faktem jest, że przestaliśmy zauważać reklamy znajdujące się tylko w banerach czy z boku stron. To logiczne, że w takim razie reklamy chcą być zauważone i żeby to osiągnąć musza nam skakać przed oczyma, krzyczeć i zasłaniać wszystko inne. Czy to jednak wystarczający powód? Nie wydaję mi się. Ponadto nawet jeśli niechcący klikniemy w reklamę i przeniesieni zostaniemy na stronę reklamodawcy, cały proces nie odniesie zamierzonego rezultatu, a może tylko zniechęcić i zdenerwować potencjalnego klienta. Nierzadko zdarza się także, że reklama próbuje nas oszukać albo wprowadzić w błąd. Dobrym przykładem może być pojawiający się gdzieś między tekstem niebieski pasek z czerwonym powiadomieniem „masz wiadomość” do złudzenia przypominający facebookowy komunikat. Na coś takiego przez pierwsze kilka razy reagowałem uwagą (ooo, nowa wiadomości na facebooku?!). Jednak po kliknięciu na to szybko okazywało się, że to tylko reklama jakiegoś innego portalu.





Pragnę tylko zwrócić uwagę na narastający problem inwazji reklam utrudniających swobodne korzystanie z zasobów sieci. Nie warto wszczynać ogólnej krucjaty przeciw reklamom internetowym - byłaby to walka z wiatrakami. Chociaż nie zdajemy sobie sprawy to podświadomie reagujemy na nie i niejednokrotnie kupując coś bezmyślnie w sklepie, bierzemy to, co znamy, co widzieliśmy w spocie reklamowym. Reklama zatem nie musi być tak natrętna jak to opisałem powyżej, aby zasiała ziarno incepcji w naszej głowie. Ważne, aby była lokowana i prezentowana, tak byśmy nie reagowali na nią jak najszybszym szukaniem krzyżyka lub napisu „zamknij”. Powinna przyciągać swoją formą lub treścią, tak żeby zainteresowani sami w nią klikali. Jednakowoż w świecie, gdzie reklamy otaczają nas zewsząd (i w sieci i w realu), czytając artykuł, sprawdzając pocztę czy pisząc ze znajomym naprawdę mamy ochotę zwracać na nie uwagę?



P.S.: Żale zostały wylane, problem zakomunikowany, jednakże szukając jakiegoś mema lub GIFa do wpisu zostałem zaatakowany przez kolejne agresywne reklamy. Pora zainstalować Adblocka…

wtorek, 23 kwietnia 2013

Mindfile, czyli czy umysł człowieka stanie się medium cyfrowym.

*Karolina Przeklasa*

Jest wiek XXIX. Technologia została tak rozwinięta, iż możliwym staje się zapisanie zawartości mózgu ludzkiego w specjalnej przestrzeni zwanej Plateau, którą można porównać do dzisiejszego Internetu, tak aby nasze ograniczone współczesne mózgi mogły w ogóle wyobrazić sobie świat przyszłości. Standard Homo Sapiens (stahsi) dalej żyją w przestrzeni materialnej, skansenie ówczesnej rzeczywistości, utrzymywanym tylko ze względów politycznych. Stahsi nie odcinają się jednak od Plateau, pieczołowicie archiwizują sobie wszystkie wspomnienia, tak aby w razie śmierci fizycznej móc odrodzić się w nowym „pustaku”, by nigdy nie umrzeć. Plateau służy im również do komunikacji z innymi istotami, w tym z Phoebe (Post-Human Being), które istnieją tylko w przestrzeni niematerialnej, a gdy już muszą przenieść się do staromodnego, zatrzymanego w XXI wieku wszechświata, mogą wdrukować się w kilka awatarów jednocześnie i być w kilku miejscach naraz.[1] No cóż, nie wiem czy tak będzie wyglądał świat przyszłości. Opisana tutaj rzeczywistość istnieje póki co tylko na kartach powieści Jacka Dukaja - „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Gdy jednak profesor Kevin Warwick, zwany pierwszym cyborgiem w historii, w jednym z wywiadów usłyszał o wyobrażeniu Dukaja, skomentował je pełen entuzjazmu: „Czy nam się podoba, czy nie, człowieka można by sprowadzić do jego mózgu.”[2] Jeśli więc uda nam się odtworzyć zawartość naszego umysłu za pomocą komputera, niezwykle prawdopodobnym staje się, że rzeczywiście przeniesiemy się na jakąś platformę, która umożliwi nam niemal nieskończoną ekspansję. Już teraz mamy Internet, od którego nasze mózgi są po prostu coraz bardziej uzależnione.

Fragment okładki do powieści Jacka Dukaja

We wrześniu 2012 roku w Houston doktor Martine Rothblatt zasugerował, aby cała ludzka populacja mogła w sposób nieodpłatny „zapakować” swoje umysły na statek kosmiczny 100YS (100 Year Starship), który powinien powstać w przeciągu najbliższych stu lat i tym samym umożliwić ludziom podróż kosmiczną.[3] Każdy mindfile miałby ważyć maksymalnie 1 TB, bo według obliczeń... więcej nie trzeba. Plik taki miałby zawierać przekonania, obawy, uczucia i osobowość każdej istoty ludzkiej. Nasz jeden dzień życia w Internecie i na komputerze, dzień życia naszego umysłu, można zamknąć w jednym megabajcie, zawierającym nasze wpisy na blogach, Facebooku i Twitterze, nasze maile, rozmowy z innymi, a także skompresowane zdjęcia, video i muzykę. Ponoć i tak „duża część informacji jest zbędna”. Przez pięćdziesiąt lat uzbieramy około dwadzieścia gigabajtów, do tego musimy dodać jakieś unikalne odkrycia, kontekst w jakim żyjemy i „mieścimy się” w niecałym terabajcie. Mindfile miałby być potem uruchomiony przez specjalny program, który nawet dla twórców 100YS wydaje się ciągle zbyt dużą abstrakcją (zakładają bowiem, że „nawet jeśli nie będzie takiego programu” to ludzie i tak odwiedzą kosmos – będą tam przecież ich zarchiwizowane umysły.)

Nasze zwiedzanie kosmosu niekoniecznie będzie aż tak fizyczne jak w filmie "Planeta skarbów". W ramach tworzenia mindfile'u postanowiłam wrzucić to zdjęcie, aby podkreślić moją miłość do tego filmu. Chociaż... i tak mój fragment umysłu, obsługiwany przez Filmweb, ma ten fakt już zarejestrowany.

Już teraz istnieją programy, które magazynują jaźnie. Mamy strony LifeNaut czy CyBeRev, którego twórcy obawiają się, że rozwój technologii umożliwi posiadanie cyber-świadomości tylko pewnej elicie, tworząc kolejny podział klasowy.[4] Ale mamy też portale bardziej ogólne i niezwykle globalne – chociażby Facebook.[3] To tam publikujemy nasze zdjęcia, muzykę, która nam się podoba, często wpisujemy też swoją ścieżkę edukacji, pracy, dzielimy się nazwiskami osób, które nas inspirują. Lubiąc poszczególne strony, tworzymy mapę samych siebie, rozmawiając za pomocą wiadomości prywatnych potrafimy zwierzać się z naprawdę intymnych spraw. Tworzymy swój mindfile, lub raczej jego oficjalną wersję, dla świata, czasem tylko mniej fasadową gdy klikamy w osobiste rozmowy. Sprowadzamy swoich znajomych do cyfrowego przekazu – tego co słuchają, oglądają, co napiszą, że ich interesuje lub denerwuje. Tak, wiem – ciągle jesteśmy formą przed postczłowiekiem, więc mamy nasz cudownie biologiczny real, ale jednak... Nasze zmysły już dawno zostały przedłużone, z każdą chwilą stajemy się cyborgami[5], które rozmawiają z ludźmi oddalonymi od nas o „miliony mil”, które w mgnieniu oka znają odpowiedź na większość pytań i doskonale wiedzą „o czym teraz myśli” kilkaset jego znajomych; tyle tylko, że wciąż potrzebujemy do tego przyrządów zewnętrznych.

Phoebe z książki Dukaja mogą zmieniać siebie całkowicie. Przeprogramować swoje przekonania, obawy i wdrukować siebie samego (ale innego, takiego jaki jest na daną chwilę potrzebny) w "pustaka" istniejącego w rzeczywistości materialnej. My również projektujemy swoje oficjalne mindfile'e i prezentujemy je światu.

Ale kim jest w takim razie taki phoebe? Czym? Jeśli stajesz się tym, co zjesz, to również stajesz się tym, co przeczytasz, obejrzysz, czego posłuchasz i doświadczysz. Jesteś tym, co twój umysł pamięta, że ci się przytrafiło. Jeśli wszystko to można zapisać za pomocą cyfrową, a media, na które natrafiłeś w swoim życiu zarchiwizować oraz zamienić wspomnienia na media, to czy nie stajesz się tymi mediami? Czy więc postczłowiek nie będzie utkany z nowych mediów? I czy nie będzie ich najdoskonalszą bo samoświadomą formą?