wtorek, 4 czerwca 2013

"WTF QR CODES"


~Karolina Żebrowska~



Choć QR Code powstał w Japonii na początku lat 90., w praktyce mogliśmy go zauważyć dopiero kilka lat temu, wraz z pojawieniem się smartphone’ów i nowych funkcji w telefonach komórkowych. Panujący boom na skomputeryzowane aparaty telefoniczne, których głównym zadaniem już dawno przestało być dzwonienie, zachęcił producentów do poszukiwania nowych rozwiązań. I tak zainteresowano się QR Codem, który zdawał się nieść ze sobą duże możliwości.

Wizja ludzi zaintrygowanych czarno-białymi kwadracikami i ochoczo, acz nie zawsze świadomie, skanujących najróżniejsze reklamy i informacje zaczęła udzielać się po kolei wszystkim dużym korporacjom. Po wprowadzeniu tej innowacji przez pierwsze odważne firmy, reszta rynku zaczęła zazdrościć im tej rzekomej przewagi i w krótkim czasie kody QR nas otoczyły.

Ta zmiana nastąpiła dość szybko. Z początku spotkała się rzeczywiście z zainteresowaniem i zaintrygowaniem – ale za naturalną reakcją nie szło nic więcej. I choć kody stały się nieodłącznym elementem przestrzeni miejskiej – w formie billboardów i plakatów, czy naszych domów (reklamy w gazetach, okładki książek) – można śmiało nazwać je jedną z większych porażek marketingowych dwudziestego pierwszego wieku.

„Dlaczego to nie działa?”, chciałoby się zapytać. Czynników jest wiele, przede wszystkim jednak twórcy reklam wciąż przeceniają nasze zaangażowanie w reklamę. Od początków tej dziedziny biznesu minęło już sporo czasu i staliśmy się klientami wybrednymi i wymagającymi. Nie usatysfakcjonuje nas już naiwna piosenka o kostce rosołowej – pragniemy inteligentnych dowcipów słownych i rozwiązań, których do tej pory w reklamie nie było.

Każdy trik, powtarzany kilka razy, przestaje już zaskakiwać. I tak zobojętnieliśmy już na billboardy z przestrzennymi elementami, dwuetapowe kampanie reklamowe, gdzie z początku nie wiadomo, o czym mowa, czy w zamyśle zabawne hasła, które na dłuższą metę nieznośnie irytują i odnoszą skutek przeciwny do zamierzonego.

Nasza niechęć do reklamy sprawia, że potrzebujemy czegoś szczególnego, aby się tą reklamą zainteresować. Dlatego też uznano, iż zainteresowanie to wzniecą właśnie kody QR. Jest w nich w końcu ten element tajemnicy, wymagający od nas rozwiązania zagadki, jest coś, co wymaga naszej partycypacji.

Nice try, QR Code! To chyba jedna z niewielu "kampanii z kodem",
która odniosła jako taki sukces (w każdym razie, wśród męskiej części klienteli)

Marketingowcy jednak nie wpadli na to, że możemy być na to zwyczajnie zbyt leniwi! Zresztą sam obraz przeciętnego człowieka, posiadającego smartphone’a z funkcją skanowania kodów i mającego na tyle czasu, żeby to faktycznie robić, wydaje się niedorzeczny. Ponadto reklama wystarczająco zatruwa nam życie, dlaczego więc nagle mielibyśmy stać się jej entuzjastami i z zapałem wyczekiwać wyświetlenia strony WWW, do której przekieruje nas przeskanowany kod?

QR Code, zamiast stać się spektakularnym przykładem sukcesu, został obiektem drwin i docinek. Laura Stampler z Business Insider pisze: „To zjawisko stosowane jest z tak marnym skutkiem, że stało się żartem w przemyśle reklamowym. Istnieje nawet Tumblr o nazwie „Pictures of People Scanning QR-Codes”, nie posiadający żadnych zdjęć.”


Powstała również strona WTF QR CODES, dedykowana najgłupszym i najgorszym zamieszczeniom nieszczęsnego kwadracika. Polecam ją zwłaszcza tym, którzy wciąż jeszcze myślą, że ta wzniosła idea ma wciąż jakiś sens.

Odrobina adrenaliny powinna zachęcić potencjalnych klientów, mówili. It'll be fun, mówili.


A tu spektakularnie głupie wykorzystanie QR w Polsce.

Chociaż Bank of America też nie grzeszy rozsądkiem. Tak, zeskanujcie kod z naszej strony na Facebooku, żeby zalinkował was do niej na waszych telefonach.


A jednak nie przestaje się sądzić, że kody
ułatwiają nam życie. Czy raczej... Hm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz